niedziela, 13 maja 2012

Nadmorska cisza.


Nie wiem kiedy znów będę na Wybrzeżu. Tak widziałam plażę w Szutowie - maleńkiej wiosce, w której przebywałam ostatnio na bardzo wartościowej i owocnej konferencji naukowej. 

 pozwól życiu być takim, jakim jest i odpręż się*

Jest tam póki co pusto i cicho, i dużo senniej, niż w Trójmieście. I ta z chmur pajęczyna. Nic, tylko położyć się na piasku i zatracić się w tym wszystkim. Ta plaża... tyle blasku ma w sobie. Blask to najbardziej adekwatne słowo, jakie przychodzi mi do głowy w związku z tym wszystkim, z tą atmosferą, z tą plażą.


 Turyści są - zażywają ciepła i jodu.


Słońce i wiatr czuć na twarzy. A w środku nic nie słychać. Ukojenie.


*cytat pochodzi z wiersza Marzanny Kielar pt. "Psy" z tomu "Brzeg", Warszawa 2010, s. 36. 

niedziela, 6 maja 2012

Czas zatrzymany, miejsce odnalezione.

Długo mnie tu nie było, wiem. Chyba taka już uroda tego bloga, że wpisy pojawiają się niczym fala, a potem następuje zastój i woda cicha, łagodna, aż do kolejnego przypływu...
 Dzisiaj chciałam napisać o miejscu, którego doświadczyłam podczas odchodzącego właśnie do historii długiego weekendu ad 2012. Gdańsk, w ogóle całe Trójmiasto odwiedzam regularnie od sześciu lat. Jednak z wszystkich trzech, najbardziej przylgnęłam do Gdańska właśnie. Tegoroczna wizyta była na swój sposób przełomowa - wspominałam jaka byłam przed sześciu laty i jak wiele się zmieniło przez ten czas w moim życiu. Przy okazji, całkiem niespodziewanie odkryłam miejsce, które istniało silnie w mojej świadomości, ale nie przypuszczałam, że będzie aż tak zjawiskowe.
Pierwszy raz zobaczyłam Wrzeszcz sześć lat temu, gdy przyszłam, razem z Siostrą na tamtejszą stacyjkę kupić bilet na pociąg powrotny do Krakowa. Nie miałam jednak pomysłu na zwiedzanie, na stąpanie szlakami Pisarza, a miasto i plaża nęciły niezliczonymi atrakcjami i zabytkami. Potem raczej bywałam we Wrzeszczu, niż byłam - przejazdem widywałam go z okien tramwaju, mignął mi podczas jazdy kolejką. I coraz bardziej mnie ciekawił, coraz bardziej przyciągał. Tym razem skutecznie.
Wrzeszcz to swoisty mikrokosmos. Coś jakby osobne miasteczko w wielkim organizmie miejskim. Dzielnica Gdańska, złożona z domów z czerwonej cegły, zieleni, mostów, parku, browaru. To kraj lat dziecinnych Guntera Grassa - może dlatego, gdy się tam człowiek już znajdzie, to ma wrażenie, jakby żaden inny świat poza Wrzeszczem nie istniał, żaden Gdańsk, tramwaje, zgiełk miasta. Wrzeszcz jest bytem osobnym, jego aura urzeka i prowokuje do dalszych penetracji.





Na ten niezwykły czas, wzięliśmy ze sobą przewodnik autorstwa M. Adamowicza, "Gdańsk według Guntera Grassa"( Gdańsk 2007), co znacznie ułatwiło przemieszczanie się po dzielnicy i umiliło zwiedzanie cytatami z twórczości Pisarza. Wszystkie cytaty Guntera Grassa, zaczerpnęłam z tejże książki.


Wrzeszcz był tak duży i tak mały, że wszystko, co na tym
świecie wydarza się lub mogłoby się wydarzyć, wydarzyło
się też lub mogłoby się wydarzyć we Wrzeszczu.
Na tym przedmieściu między ogródkami działkowymi,
placami ćwiczeń, nawadnianymi polami, wznoszącymi się
lekko cmentarzami, stoczniami, boiskami i blokami koszar,
we Wrzeszczu, który dawał dach nad głową około siedemdziesięciu
dwom tysiącom zameldowanych mieszkańców,
który miał trzy kościoły i jedną kaplicę, dwa gimnazja,
jedno liceum, szkołę średnią, szkołę rzemiosł i gospodarstwa
domowego, wciąż za mało szkół powszechnych, ale za to
browar ze Stawem Browarnym i lodownią, we Wrzeszczu,
któremu znaczenie nadawały fabryka czekolady „Baltic”,
miejskie lotnisko, dworzec i sławna Politechnika, dwa
niejednakowej wielkości kina, zajezdnia tramwajowa,
wiecznie przepełniona hala sportowa i wypalona synagoga
;
s.5.

1) Park "Na Kuźniczkach", widok współczesny.


i w opisie Guntera Grassa: ...gospoda „Na Kuźniczkach”: przestronny lokal z parkiem
o tej samej nazwie, salą taneczną, kręgielnią i domową kuchnią, położony między Browarem Akcyjnym a dworcem we Wrzeszczu.
(s.9).

 2) Tuż obok, Browar Akcyjny, obecnie czeka na swój dobry czas.


 
...ów kompleks wznosił się niczym zamek za murem z ciemnej
wypalanej cegły. Na pewno wysokie jak w kościele okna
maszynowni były obramowane błyszczącym klinkierem.
Przysadzisty komin mimo wszystko górował nad całym
Wrzeszczem, widoczny ze wszystkich stron. Mógłbym przysiąc,
że komin browarny był zwieńczony skomplikowanym
hełmem rycerskim. Regulowany przez wiatr wypuszczał on
czarny, skręcony dym i musiał być czyszczony dwa razy do
roku. Kiedy zmrużę oczy, sponad najeżonego szkłem muru
spogląda na mnie nowy, jaśniejący ceglasto budynek zarządu.
Dwukonne wozy na gumowych kołach regularnie, jak
mniemam, opuszczają podwórze browaru. Tłuste, krótkoogoniaste
konie belgijskie. W skórzanych fartuchach, w skórzanych
czapkach, z nieporuszonymi fioletowymi twarzami:
rozwoziciel piwa i jego pomocnik. Bat w uchwycie. Książka
dostaw i sakiewka pod fartuchem. Prymka w ruchu. Uprząż
nabijana metalowymi ćwiekami. Podskakiwanie i pobrzękiwanie
skrzynek piwa, kiedy przednie i tylne koła potykają
się o żelazny próg bramy wjazdowej. Żelazne litery biegnące
łukiem nad bramą: D. A. B.
(s.13).

3) Ławeczka Oskara i Fontanna Tulli na placu Wybickiego. Najbardziej zjawiskowych, niezwykłych postaci w twórczości Guntera Grassa.
Żywi w naszej wyobraźni, dzięki geniuszowi Pisarza. Zmaterializowani i upamiętnieni w przestrzeni Gdańska-Wrzeszcza w 2002 roku. Autorem projektu "Ławeczki Oskara" jest Sławoj Ostrowski.


 Wpatrzona w Oskara. Tym razem cytat z "Kota i myszy" - opisujący nieoczekiwane spotkanie dwóch szkolnych kolegów - jeden z nich był zawsze baczny na tego drugiego: staliśmy tak naprzeciwko siebie, cienkoskórzy pod i pomiędzy cierniami - chłopczyk wrócił sam, bez babci, bijąc teraz głośno w blaszany bębenek, zatoczył wokoło nas magiczne półkole i zniknął wreszcie razem ze swym hałasem w wylocie alei. (G. Grass, "Kot i mysz",  tłum. I. i E. Naganowscy, Warszawa 1963 r; s. 134.

4) Ulica Lelewela 13 - dom rodzinny Guntera Grassa; 



Mieszkanie, przylegające do sklepu, było co prawda ciasne
i źle rozwiązane, ale w porównaniu z warunkami lokalowymi
na Przeróbce, które znam tylko z opowiadań, dostatecznie
wygodne, jak na drobnomieszczańskie wymagania,
aby mama, przynajmniej w pierwszych latach małżeństwa,
czuła się dobrze na Labesa.
Na końcu długiego, lekko załamanego korytarza, w którym
najczęściej piętrzyły się paczki z proszkiem do prania, znajdowała
się obszerna kuchnia, również co najmniej w połowie
zastawiona towarami, puszkami konserw, workami
z mąką i pudełkami płatków owsianych. Bawialnia o dwóch
oknach wychodzących na ozdobiony latem bałtyckimi muszlami
ogródek przed domem i na ulicę stanowiła centrum
parterowego mieszkania.
(s.15)

6) Conradinum, obecnie także szkoła

Podwórze Conradinum składało się z małego kwadratowego,
ocienionego nieregularnie przez stare kasztany, a więc przeobrażonego
w rzadki kasztanowy las, i podłużnego, z lewej
przylegającego bez płotu, dużego podwórza, które okalały posadzone
w regularnych odstępach młode lipy trzymające się podpórek.
Neogotycka hala gimnastyczna, neogotycki pisuar i neogotycki,
trzypiętrowy, wyposażony w bezdzwonną dzwonnicę,
staroceglanoczerwony i porośnięty bluszczem gmach szkoły
otaczały z trzech stron małe podwórze i osłaniały od wiatrów,
które ponad dużym podwórzem niosły ze wschodniego kąta
stożkowate kłęby kurzu; bo tylko niski ogród szkolny z ogrodzeniem
z wąskookiej siatki i dwupiętrowy, również neogotycki
alumnat stały wiatrowi na przeszkodzie. Zanim później,
za południowym szczytem hali gimnastycznej, zbudowano nowoczesny
stadion z bieżnią i murawą, duże podwórze musiało
na lekcjach gimnastyki służyć za boisko.
(s.19)

7) Kościół Serca Jezusowego,



(...) powstał w latach grynderskich i dlatego utrzymany był
w stylu neogotyckim. Ponieważ wzniesiono go z szybko
ciemniejącej cegły, a kryty miedzią hełm wieży prędko dorobił
się tradycyjnego grynszpanu, różnice między starogotyckimi
kościołami z cegły a nowszym gotykiem ceglanym tylko
dla znawców pozostały widoczne i przykre. Spowiadano
tak samo w starych i nowszych kościołach. Podobnie jak proboszcz
Wiehnke, stu innych księży w sobotę po zamknięciu
biur i sklepów siedząc w konfesjonale przyciskało owłosione
kapłańskie ucho do lśniącej, czarniawej kraty, a wierni
przez oczka kraty usiłowali przewlec do kapłańskiego ucha
ów sznur grzechów, na który paciorek po paciorku nanizane
były grzeszne tanie klejnoty.
(s.6)


To tylko niektóre z miejsc, jakie udało nam się tego dnia we Wrzeszczu obejrzeć. Jedne były mniej, inne bardziej związane z Gunterem Grassem. Ten dzień uszczęśliwił mnie nie tylko dlatego, że zobaczyłam namacalnie, to, co znałam jedynie z wyobraźni, że poczułam i starałam się oswoić, zrozumieć genius loci Pisarza. Zwiedzenie Wrzeszcza było dla mnie jakimś wyrazistym odkryciem na nowo dobrze znanej prawdy, że często tuż obok głównych szklaków turystycznych i komunikacyjnych miasta, tuż obok nas, bytują nieodkryte prawdziwe perły, przykurzone nieco przez czas, przyćmione i zakryte przez blask miejsc "pierwszoligowych", najważniejszych na kulturalnej i turystycznej mapie miasta.
Dla wielu mieszkańców to one jednak stanowią mentalną mapę miasta, są indywidualną, miejską trajektorią. Co więcej, ich drugoplanowość często nie jest wadą. Nieskażone globalną turystyką, impregnują pamięć i historię. Bardzie trwają, zwrócone ku przeszłości, niż są rzeczywiście. Nie wiem, jak do Wrzeszcza podchodzą, jego mieszkańcy, jakie jest tam życie codzienne, warunki mieszkaniowe. To jednak osobny temat, osobna refleksja. A tymczasem jestem szczęśliwa i urzeczona, a do kolekcji wrażeń, wartościowych miejsc przybyło jeszcze jedno.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Zacznij od Zamrtwychwstania.

Zacznij od Zmartwychwstania
od pustego grobu
od Matki Boskiej Radosnej
wtedy nawet krzyż ucieszy
jak perkoz dwuczuby na wiosnę
anioł sam wytłumaczy jak trzeba
choć doktoratu z teologii nie ma
grzech ciężki staje się lekki
gdy się jak świntuch rozpłacze
- nie róbcie beksy ze mnie
mówi Matka Boska
to kiedyś
teraz inaczej
zacznij od pustego grobu
od słońca
ewangelie czyta się jak hebrajskie litery
od końca

ks. Jan Twardowski

Dostałam ten wiersz w ramach życzeń od kolegów w pracy i odzwierciedlił dużo bardziej moje myślenie o Wielkanocy, niż życzenia, które z siebie wyartykułowałam. Warto go znać, toteż załączam. Załączam o dziwnej porze, gdy za oknem wali śniegiem i wszystko raczej trwa w uśpieniu, niż się budzi. Ale mam nadzieję, że to letarg chwilowy!


Pod powieką pieta tarnowska. Jakoś nie mogę o niej zapomnieć, odkąd ją ponownie podczas niedawnej wizyty w Tarnowie zobaczyłam. Dla Ciebie, Ado w szczególności to zdjęcie, robione aparatem, który jest wydolny tylko w pomieszczeniach jasnych, odwrotnie do mnie, której słońce szkodzi na oczy i wolę mrok. Przeczytałam Twój post - jest bardzo głęboki. Chciałabym mieć tyle determinacji w pisania bloga, co Ty. Znajdujesz tyle kontekstów, mimo że czasu pewno, tak jak większość z nas masz bardzo mało. Ta fotografia nie odda doskonałości, ekspresji tej figury, w moim odczuciu, odsłaniającej dla nas Tajemnicę tego, co stało się pod krzyżem bardziej, niż nie jeden teologiczny traktat. Ale mam nadzieję, że choć trochę przybliży Jej piękno i zachęci do zobaczenia na żywo :).
Dobrego czasu! Mokrego Śmigusa Dyngusa dla was Drodzy!


środa, 4 kwietnia 2012

Z dobrymi życzeniami.

Drogie Czytelniczki, Drodzy Czytelnicy,
kryzys na moim blogu, spowodowany wytężoną pracą i przygotowaniami do bardzo ważnego dnia, jednego z najważniejszych w życiu. Myślę o was często w drodze do pracy, o tym, że tak niemiłosiernie tego bloga zaniedbuje, że tyle miejsc ciekawych i barwnych czeka na swój opis. A tu moja codzienność wyrywa mnie w stronę działania tak mocno, że jedyne litery, na jakie mam się zdobyć po pracy, to te z zakresu nauki.

Tymczasem zbliżają się Święta. Z ich okazji, z okazji tego radosnego czasu życzę wam wiosny w sercu i w aurze, jakiegoś wewnętrznego zmartwychwstania, twórczej energii, pozytywnych, dobrych ludzi dookoła. Niech Ten, który zwyciężył śmierć będzie dla nas wzorem w naszych codziennych zmaganiach.
Alleluja i do przodu!
Maja

Tymczasem dzisiaj przy parzeniu kawy dopadła mnie ta piosenka. Bardzo ją lubię, niesie w sobie tyle ładunku wiary, że szczęście jest możliwe w każdym czasie i w każdym miejscu. Agnieszka Osiecka była wielka!

http://www.youtube.com/watch?v=WxNT5G4yqtI

środa, 21 marca 2012

Wieczorne wierszowisko.


Niech będzie ku jasności.
Byle ku jasności
Ku rozdrobnieniu, ale nie ku rozpadowi.
I tak czas wyjdzie naprzeciw.
Ale czy na dobre?
I będzie  naśmiewał się z naszych
wielkich-małych światów,
które istnieją tylko
przez
mrugnięcie okiem, skinienie dłoni, ruch głową.


wtorek, 20 marca 2012

Podróże sentymentalne. Nowy Sącz

"Miejsca, które po nas wystygły, dla innych znów są żywe". /Julia Hartwig, Błyski, s. 72./

Nowy Sącz to dla mnie miasto na swój sposób magiczne. Nacechowane dobrymi wspomnieniami, beztroską dzieciństwa. Ten weekend spędziłam m.in. w Nowym Sączu, rozdając rodzinie,wespół z moim narzeczonym zaproszenia na nasz ślub. Przekarmieni tradycyjną gościnnością, zrobiliśmy sobie mały spacer. Piotrek dziwił się czemu zboczyłam w niepozorną, małą uliczkę. Kiedy stanęła mi przed oczami poniższa willa już wiedziałam, co mnie tutaj intuicyjnie wiodło. Piękna jak z bajki!!! willa "Zofiia" zaprojektowana przez architekta sądeckiego, Zenona Adama Remiego (1873-1924).

Dalej, kolejne piękne przykłady architektury użyteczności publicznej i mieszkaniowej.




Na plantach sądeckich pojawił się pomnik tańczących par.  Jaki uroczy!


Rynek z Ratuszem - tutaj wszystko po staremu, niezmienne i stałe.


Wiele kamienic, odzyskuje dawny blask.



Muzeum. Moja miłość, zatracenie moje.





Ulica Lwowska, przy tej kapliczce po prawej stronie, do figury św. Antoniego, moja babcia modliła się, żeby nie zostać starą panną.


piątek, 9 marca 2012

Kładka ojca Bernatka i ks. Jan Twardowski.

Dziś po pracy spędziliśmy z moim narzeczonym Piotrkiem popołudnie, szukając garnituru, w którym będzie zawierał naszą przysięgę małżeńską. Przy okazji, po drodze do jednego ze sklepów, zrobiliśmy sobie spacer przez kładkę ojca Bernatka, zwaną popularnie kładką zakochanych, ze względu na przytwierdzane do niej kłódki z imionami narzeczonych - symbol miłości bez końca. Pewno różnie to bywa, jak w życiu. Zobaczcie sami co się tutaj dzieje. Ile różnych kłódek z wyznaniem miłosnym, deklaracją i jaką potężną wiarą, że to jest to, że miłość jest możliwa, tak po prostu. Postanowiłam wyzbyć się swoich nawyków zawodowo-intelektuwalnych i nie analizować tego zjawiska z punktu widzenia kultury, mentalności i mody i oddać głos Księdzu, który z wielką wiarą pisał o miłości.

Bo widzisz tu są tacy którzy się kochają 
i muszą się spotkać aby się ominąć 
bliscy i oddaleni jakby stali w lustrze 
piszą do siebie listy gorące i zimne

 


 rozchodzą się jak w śmiechu porzucone kwiaty
 by nie wiedzieć do końca czemu tak się stało (...)



Jest taka miłość która nie umiera 
choć zakochani od siebie odejdą 
zostanie w listach wspomnieniach pamiątkach  

  

Jest miłość trudna
jak sól czy po prostu kamień do zjedzenia 
jest przewidująca
taka co grób zamawia wciąż na dwie osoby
niedokładna jak uczeń co czyta po łebkach (...)



świat zamglony 
polityka pudło
dom już nie tamten
inna brama
niewierzący na roratach w kościele

tylko miłość
 wariatka ta sama



  Cytaty pochodzą z wierszy ks. Jana Twardowskiego "Bliscy i oddaleni" (dwa pierwsze), "Wierna" (trzeci), "Miłość" (czwarty), "Ta sama" (piąty). Pierwszy, drugi i trzeci wiersz, zaczerpnęłam z tomiku "Biedroneczko leć do nieba. Lekcja literatury z Heleną Zaworską", Kraków 1997. Czwarty i piąty ze zbioru "Ty, który stwarzasz jagody", Kraków 1988.