poniedziałek, 18 maja 2015

Z podróży po mieście. Jedna z obserwacji.




Tego popołudnia zrobiłam coś, czego nie robiłam nigdy przedtem. Zwyczajnie wyszłam z domu i nie wiedząc dokąd pójść, wsiadłam do pierwszego lepszego tramwaju i rozbijałam się po mieście bez celu przez kilka godzin. Towarzyszyło mi dziwne uczucie ulgi pomieszanej ze strachem, że oto przekroczyłam jakąś barierę. Że robię coś, o czym inni współpasażerowie nie mają pojęcia. Starałam się obserwować siebie: czy zachowuję się normalnie? Nie wzbudzam podejrzeń? Czy mój strój specjalnie się nie wyróżnia? Za oknem przesuwał się znany krajobraz, kamienice, spowite zimowym, sinym światłem. Traciłam czas. Właściwie nigdy tego nie robiłam. Zawsze byłam czymś zajęta. Tym bardziej jazda bez celu wzmagała u mnie poczucie wyalienowania, tego, że tracę kontakt ze swoim życiem. 

Mój wiek nie miał tutaj nic do rzeczy. Równie dobrze mogłam mieć lat pięćdziesiąt, lub dwadzieścia. Obojętnym wzrokiem patrzyłam na ludzi jadących ze mną. Śmiali się, czytali, dzwonili dokądś, rozmawiali. Rozmowa… tak dawno z nikim nie rozmawiałam.


Po kilku godzinach wysiadłam na pustym przystanku, by wrócić w poczuciu pustki i zmarnowanego popołudnia do pustego domu i pustego życia. Jednak nikt poza mną tego nie wiedział i nie dostrzegł mojej milczącej nieobecności. Wiedziałam, że jeżeli w ogóle uda mi się usnąć, to jutro obudzę się w poczuciu takiej samej straty i osamotnienia, a poduszka będzie mokra od łez. Za oknem zapadał zmierzch.




niedziela, 5 kwietnia 2015

"To, co promieniuje tutaj" - wspomnienia z pobytu w Saint-Denis.


Cytat z tytułu wpisu pochodzi z przedsionka Saint-Denis. Promieniuje tutaj, a więc i teraz. Tutaj, a więc opactwie, ale też sercu człowieka, w czasie i przestrzeni i świecie doczesnym i poza nim, prowadzi do czegoś głębszego, sacrum. Opactwo Saint-Denis najbardziej królewski z kościołów i przy tym emanujący delikatnością misternej formy, pięknem gotyku.


Spójrzmy na portal prowadzący do wnętrza. Jest potrójny. "Żeby go poświecić trzej księża sprawowali jednocześnie tę samą liturgię. Wyobraża Trójcę Świętą (...). Sceny z portalu największą cześć oddają Jezusowi, "bramie prawdziwej". I dlatego kolumny wspierające archiwolty zmieniają się w Saint-Denis w posągi. Wyobrażają królów i królowe ze Starego Testamentu".




Światło jest wymową gotyku, jego siłą. Poprzez opozycję światła i mroku przyswajam gotyk. A wszystko to za sprawą opata Surgera, twórcy poetyki, estetyki i filozofii opactwa Saint-Denis.
Witraże - okna "jak żadne pełne światła". Mienią się nie tylko feerią szlachetnych barw, ale zawierają w sobie opowieść o pięknie Boga  oraz specyfikę przestawiania postaci ludzkiej, miejsca człowieka w świecie.




Jadnak tym, co mnie pochłania najbardziej są Oni. Saint-Denis perła gotyku pełna wielkich czaszek.  Ich milcząca obecność, spokój i dostojeństwo, którym emanują. I jeszcze coś na kształt prośby, wołania o pamięć.


 Minęliśmy!

przechodniu
byłem kim jesteś
będziesz kim jestem
módlmy się za siebie nawzajem


Jedni wyglądają jakby smacznie spali. Snem spokojnym i sprawiedliwym. Spod przykrótkich szat wystają ich bezbronne stopy. Inni czuwają i nie ustają w modlitwie. Ubrani tak, jak na ważną uroczystość, najważniejszą w życiu. Dzierżą pewnie insygnia władzy.









Ludwik XVI i Maria Antonina. Królowie-straceńcy. Symbole rewolucji francuskiej. Ich utracjuszowskie rządy w Wersalu przeszły do historii i przyczyniły się do wybuchu rewolucji w 1789 roku. Ale przecież bądźmy uczciwi,  próbowali coś zmienić, lecz tylko pogrążyli Francję w chaosie. Ten Pierwszy stracony z prawomocnym wyrokiem, siłą jednego głosu, "wolą ludu". Obywatel Hugon Capet. Ta Druga, chciała dać ludowi ciastka, gdy ten żądał chleba.



Cytaty i większość informacji z niniejszego wpisu pochodzą z książki Georgesa Dubby-ego "Czasy katedr. Sztuka i społeczeństwo 980-1420" (którą gorąco polecam), PIW, 1986 r. Zainteresowanych namawiawiam do lektury. Jest tam dużo więcej informacji, których nie wykorzystałam.

cytat przechodniu... stanowi zakończenie powieści Jerzego Andrzejewskiego  pt. "Popiół i diament".

niedziela, 29 marca 2015

Dzień za dniem...

...tydzień za tygodniem i już nie wiedzieć kiedy nastaje wiosna. Dziś po zmianie czasu o godzinę krótszy weekend. Zapomniane telefony, spotkania choć na chwilę, przelotne, niemalże w biegu. W piątek uczestniczyłam w czymś niezwykłym, o czym mam nadzieję wkrótce napisać. Tymczasem oglądam morze, przenoszę się nad morze w wyobraźni. Do spokojnego szumu fal i dzikości sztormu. Zatęskniłam. Znalazłam z tej okazji krótki, ciekawy wiersz Adama Zagajewskiego.

Adam Zagajewski "Morze spało"

Morze spało i tylko czasem na jego
rozkochanych w nieskończoności plecach 
pojawiał się ostry warkocz wiru, dreszczu
- o, myśleliśmy z czułością, tak samo
psy śnią o biegu.
                         Rozmawialiśmy mało
i cicho, ostrożnie stawialiśmy kroki
w mokrym piasku; sen zwierząt
otacza nas jak przyszłość.




niedziela, 15 marca 2015

Nie pytaj o drogę, jeżeli nie masz czasu.

Była to moja pierwsza wizyta w Rudzie Śląskiej. Pojechałam wczesnym, sinym grudniowym rankiem, żeby w jednym z tamtejszych muzeów zrobić kwerendę do wystawy. Gdy skończyłam, zostałam podwieziona przez listonosza na przystanek autobusowy. Autobus do Katowic miałam jednak dopiero za kilkadziesiąt minut, postanowiłam więc przejść się kawałek, kilka przystanków do przodu. Poszukiwałam też kiosku, nie byłam pewna, czy w śląskich autobusach kupię bilet u kierowcy. Znalazłam się w nieznanej przestrzeni, zaciekawiona rozglądałam się po okolicy. Zewsząd otaczały mnie małe, czyste bloki.  Zagaiłam starszą, elegancko ubraną Panią, czy wie gdzie tu kiosk, czy kupię bilety u kierowcy etc. Z tego wywiązała się miła rozmowa. Pani zaofiarowała swoją pomoc. Powiedziała, że chętnie podprowadzi mnie do kiosku, bo właśnie idzie w tamtą stronę po sprawunki. Po drodze zaczęłyśmy rozmawiać, opowiadała mi trochę o swoim życiu, które całe spędziła w Rudzie Śląskiej. Wspominała, że bardzo lubi kino, że chętnie jeździ na seanse do Katowic, że lubi ludzi, jak tylko może wychodzi z domu. Równocześnie opowiadała mi małą historię Rudy Śląskiej: że tu wymienili kanalizację, a tu jest kościół, mający ponad sto lat - bardzo stary wg. mojej rozmówczyni, że tam jest kopalnia, a tam może się wszystko zawalić, bo Ruda to miasto, podobne do Bytomia - całe wydrążone pod ziemią. Słuchałam tego zaciekawiona, w międzyczasie kupiłyśmy bilety i właściwie powinnyśmy się rozstać, ale Pani ofiarowała się podprowadzić mnie na właściwy przystanek i nawet czekać ze mną aż nadjedzie ten właściwy autobus. Zaniepokojona spytałam, czy na pewno ma tyle czau, idę z Nią przecież już długo, nie zrobiła przez mnie zakupów. Ożywiona, nawet radosna odpowiedziała, że na pewno zdąży, że jeszcze może chwilę porozmawiać ze mną. Spytała o mnie, co tu robię etc. odpowiedziałam, co mnie tu przywiało. Zaciekawiła się bardzo. Prosiła o więcej szczegółów, opowieści o mojej pracy, na czym polega oraz o Krakowie. Słuchała mnie uważnie, wręcz zachłannie, raz po raz dodając od siebie pytanie albo komentarz. Przy tym zaczęła też opowiadać dalej o swojej przeszłości.Gdzie była, jaką ma rodzinę. Po chwili wskazała na dwa miejsca położone nieopodal przystanku. Jedno z nich było pierogarnią, czy też restauracyjką, w której można dobrze zjeść. Drugie kawiarnią i cukiernią. Opowiadała, że można tam zamówić eleganckie ciasta na uroczystości domowe, albo też popróbować na miejscu, że parzą tam wspaniałą kawę.
- Gdybyśmy miały czas, gdyby Pani miała czas, to byśmy tam poszły - powiedziała.
Szybko, nie zastanawiając się co robię, odpowiedziałam:
- Niestety nie mam dziś czasu, jadę jeszcze do Katowic po wydawnictwa, stamtąd do domu, sporo mi zejdzie.
Wtedy, tylko przez moment zobaczyłam cały Jej smutek, samotność i rozczarowanie.
- Ach, rozumiem, oczywiście, że Pani nie ma czasu, to jasne - poprawiła się i powiedziała to, starając się nadać słowom pogodny wyraz.
Wtedy, w tym Jej całym, nagim smutku stanęła mi przed oczami końcówka opowiadania Kornela Filipowicza, "Dziewczyna z lalką, albo o potrzebie smutku i samotności". Jego treść, zupełnie inna, kim innym są bohaterowie, ale na końcu to samo odarcie z prywatności, przerwanie zwierzeń, zaprzepaszczenie chwili.

Potem dalej rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym. Taka wesoła paplanina. Aż przyjechał mój autobus. Uścisnęłyśmy sobie dłonie. Na odchodnym zawołałam swoje imię i nazwisko, i ze proszę mnie odwiedzić w muzeum. Pani odpowiedziała wesoło, że nazwiska nie zapamięta, ale przyjedzie na pewno i będzie pytać o uśmiechniętą blondynkę. Trzymam za słowo, bo bardzo bym chciała móc jeszcze z Nią porozmawiać.

Ponieważ nie mam ani jednego zdjęcia z Rudy Śląskiej, załączam kawałek natury.


niedziela, 1 marca 2015

Patrzeć jak w lustro.

- Ja mam wszystko pod kontrolą. Staram się wykorzystywać każdą chwilę, zawsze coś robię, zawsze! 
Jutro mam kurs wizażu, wczoraj byłam tam, po jutrze będę tu, a potem lecę jeszcze dalej i oczywiście cały czas pracuję co najmniej kilkanaście godzin dziennie. Ile mam sukcesów! Pieniędzy!
Aktywność, aktywność, aktywność! To jest najważniejsze. Nie zważać na trudności zawsze do przodu.
 Tempo, tempo, tempo! Mało śpię, a jak znakomicie wyglądam! Nigdy nie choruję.
Dom? - prawie nie bywam w domu. Ale, jasne. Jeśli chcesz, pokażę Ci mój apa-rta-ment.  Cha, cha, dom - zabawna jesteś, wiesz? Urocza.
Rodzina, dzieci? - Nie... na to czasu nie mam. Jest tyle fascynujących spraw. Świat tak wciąga! Jak radzę sobie ze stresem? - Olewam go! Spycham trudniejsze rzeczy na pracowników. Od czego ich mam?!
 Jeżdżę jak wariatka! To już mój trzeci samochód. Ty masz prawo jazdy? Dopiero od niedawna? - no, choć tyle dobrze, że zrobiłaś...
Dzisiaj na przykład oglądałam to - jeszcze tego nie widziałaś? - nie żartuj! koniecznie musisz. Wszyscy to już widzieli. Musisz nadrobić zaległości. Bywać tam, gdzie wszyscy. Powinnaś wciągnąć się w wir wielkiego życia,
- Ale ja nie jestem wszyscy.
- ...
Przez chwilę miałam wrażenie, że ją zatkało. Ale tylko przez chwilę. Potem rozmowa leciała mniej więcej tym samym nurtem, co wcześniej.
Patrzyłam na Nią ze zdziwieniem i smutkiem, ale też co tu dużo kryć - pomieszanym z zazdrością, że nigdy nie poznam tylu miejsc i rzeczy, co ona. Patrzyłam na piękną, elegancką kobietę i przez chwilę miałam ochotę przejrzeć się w niej jak w lustrze. W twarzy ukrytej pod drogimi kosmetykami, w ciele, schowanym pod ekskluzywnymi ubraniami, które kosztują pewno całą moją roczną pensję. Przedrzeć się przez ten cały sztuczny nadmiar, który ją otacza. Ale, nie - uspokoiłam się szybko. Ona nie jest tym Innym, w których chcę się przeglądać. Poczułam przypływ sił, tego, że zyskuję, może nawet ciut prowadzę.
- A teraz powiedz coś od siebie - zażądałam. - Nie o sobie, a od siebie. Jeśli mam zrobić coś dla Ciebie, pracować u Ciebie, z Tobą muszę choć w nikłym wiedzieć kim jesteś. I jakie tak naprawdę są moje zadania. To mój warunek i moja zasada.

Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy i teraz to ona wydawała się mnie lustrować. 

- Wczoraj odebrałam biopsję - powiedziała to niemal pogodnie, hamując łzy. - I chciałabym, żebyś to ty wysychała moich wspomnień. Nie patrz tak na mnie. Nie chcę ich publikować, ani na nich zarabiać. Po prostu czuję potrzebę opowiedzenia komuś swojego życia i padło na Ciebie. To będzie Twoja praca.
- Padło?
- Nie obrażaj się. To miał być komplement.

cdn.




sobota, 21 lutego 2015

Kiełkowanie

"Najpierw był embrion.
Potem było w łonie matki zamknięte pulsujące życie.
Wreszcie był dziecinny pokój - świat nie do ogarnięcia w całym swym ogromie, całej niespożytej różnorakości. Dla opanowania tego pokoju przebyć dopiero trzeba było całe epoki poprzez rozróżnianie poszczególnych sprzętów.
Nim się ogarnęło dziw nad dziwy - kończenie się miękkości dywana i poczynanie się twardości podłogi, uchylanie się jednego z lekka poznanego świata i ukazywanie się drugiego, absolutnie nierozpoznawalnego, którym było wnętrze szafy po rozwarciu  się drzwi, nim się opanowało wstrząs, jakim jest odbicie w lustrze, i zupełnie przechodzące pojęcie zjawisko szyby, po której z tamtej strony łazi mucha - dumną opoką, z której szły dzień w dzień te wspaniałe podboje (...).

To łóżeczko - ląd stały, prowincja pierwsza, z której powstaje imperium życia, brama wypadowa w awanturę świata zewnętrznego - pozostaje przez długie lata dziecinne czymś mającym znaczenie nadnaturalne".

 M. Wańkowicz, Ziele na kraterze, Warszawa, PAX s.7.




Ten tydzień pędził jak szalony. Bywały takie popołudnia, że ze zmęczenia nie wiedziałam jak się nazywam, ledwo nadążałam ze wszystkimi obowiązkami. Wczoraj minął rok odkąd na świecie pojawił się Łukasz. Zgodnie stwierdziliśmy z Mężem, że to był najpiękniejszy rok naszego życia.


piątek, 13 lutego 2015

Morelliana.

W osiedlowej bibliotece pożyczyłam "Grę w klasy" J. Cortazara. Wróciły wspomnienia z liceum i z Paryża.

"Myślę o zapomnianych gestach, o rozlicznych pozach i słowach pradziadów, o tych wszystkich rzeczach powoli zapomnianych, nieodziedziczonych, jedne za drugimi opadających z drzewa czasu. Tej nocy znalazłem świecę, dla zabawy zapaliłem ją i przeniosłem przez korytarz. Ruch powietrza o mało nie zgasił jej, wtedy moja ręka sama uniosła się, aby skulić się i osłonić płomień żywym abażurem, ochraniając go przed powiewem. Podczas gdy ożywiony płomień prostował się, pomyślałem, że był to gest nas wszystkich (pomyślałem o nas wszystkich, i dobrze pomyślałem) przez tysiące lat, przez całą Erę Ognia, dopóki nie zastąpiono go elektrycznym światłem. Wspominałem inne gesty, gest kobiet unoszących spódnicę, mężczyzn - chwytających za szpadę. Niby zagubione słowa dzieciństwa, po raz ostatni usłyszane z ust odchodzących przodków. Nikt już nie mówi w moim domu "modrzewiowa komoda", nikt nie wspomina "konsolki". Jak dawne melodie, walce z lat dwudziestych, jak polki, które wzruszały naszych dziadów.

Myślę o przedmiotach, kasetkach, rzeczach, które od czasu do czasu odkrywa się na strychach, w kuchniach, w starych spiżarniach, i nikt już nie jest w stanie wytłumaczyć, do czego służyły.

Próżnością jest myśleć, że rozumiemy działanie czasu: grzebie on swoich zmarłych i chowa klucze. Jedynie w snach, w poezji, w zabawie - zapalić świecę i przenieść przez korytarz - z rzadka pochylamy się nad tym, czym byliśmy ongi, zanim staliśmy się tym, czym ewentualnie teraz jesteśmy".

J. Cortazar, "Gra w klasy", Morelliana (96), przekład Zofia Chądzyńska,Kraków, brak roku wydania,
 s. 436.