poniedziałek, 18 maja 2015

Z podróży po mieście. Jedna z obserwacji.




Tego popołudnia zrobiłam coś, czego nie robiłam nigdy przedtem. Zwyczajnie wyszłam z domu i nie wiedząc dokąd pójść, wsiadłam do pierwszego lepszego tramwaju i rozbijałam się po mieście bez celu przez kilka godzin. Towarzyszyło mi dziwne uczucie ulgi pomieszanej ze strachem, że oto przekroczyłam jakąś barierę. Że robię coś, o czym inni współpasażerowie nie mają pojęcia. Starałam się obserwować siebie: czy zachowuję się normalnie? Nie wzbudzam podejrzeń? Czy mój strój specjalnie się nie wyróżnia? Za oknem przesuwał się znany krajobraz, kamienice, spowite zimowym, sinym światłem. Traciłam czas. Właściwie nigdy tego nie robiłam. Zawsze byłam czymś zajęta. Tym bardziej jazda bez celu wzmagała u mnie poczucie wyalienowania, tego, że tracę kontakt ze swoim życiem. 

Mój wiek nie miał tutaj nic do rzeczy. Równie dobrze mogłam mieć lat pięćdziesiąt, lub dwadzieścia. Obojętnym wzrokiem patrzyłam na ludzi jadących ze mną. Śmiali się, czytali, dzwonili dokądś, rozmawiali. Rozmowa… tak dawno z nikim nie rozmawiałam.


Po kilku godzinach wysiadłam na pustym przystanku, by wrócić w poczuciu pustki i zmarnowanego popołudnia do pustego domu i pustego życia. Jednak nikt poza mną tego nie wiedział i nie dostrzegł mojej milczącej nieobecności. Wiedziałam, że jeżeli w ogóle uda mi się usnąć, to jutro obudzę się w poczuciu takiej samej straty i osamotnienia, a poduszka będzie mokra od łez. Za oknem zapadał zmierzch.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz